sobota, 2 maja 2015

Rozdział II

                     Ale mnie gardło napierdziela ;u;. Będę wstawiać posty tak z dwa razy w tygodniu,         a  teraz zapraszam do czytania C: Komentarze mile widziane C:
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

      Kierowałem się powoli na obrzeża miasta. W budynkach obok nocne kluby powoli się zapełniały. Zatrzymałem się czując, jak jakiś zajebiście pociągający zapach wodzi mnie za nos. Dopiero wtedy poczułem, jak burczy mi w brzuchu. Nic dziwnego, od wczorajszego śniadania złożonego z napoju energetycznego i jakiejś starej marchewki wyszperanej w lodówce nic nie jadłem. Przeszukałem kieszenie, mama musiała mi wczoraj wieczorem wcisnąć do niej pieniądze. I to całkiem sporo, starczyłoby na spory obiad dla dwóch osób. Wstąpiłem do jakiegoś baru, z czego o mało nie wpakowałem się na słup, bo oczywiście zamiast patrzeć na drogę prowadziłem rozkminy nad wszechświatem, niczym Einstain debatujący nad swoją wybiegającą poza wiek w którym żył teorią , albo Darwin nad tym, że ludzie to tak właściwie małpy. Czy jakoś tak. Podobno ten pierwszy nie grzeszył dobrymi ocenami w szkole, więc może i ja zapuszczę wąsy i będę coś w rodzaju Nowożytnego Yody, a potem będę rozpierdalał droidy mieczem świetlnym, czekając aż tłumy ludzi będą przychodzić z pytaniem: ,,Mistrzu Yodo, jak żyć? Jak żyć?", a ja będę obdarowywać ich ,,przydatnymi" poradami na dalsze egzystowanie. Coś typu:  ,,Niczym czopek jesteś, tylko do dupy nadajesz się." albo ,,Nindżą być myślałeś? Możesz tak do niewychwycenia być jak twa uroda."
     Kiedy wszedłem do środka jęknąłem przeciągle. Starałem się szybko wycofać, próbując umknąć niezauważony, ale czujne oczy Namiego nie są w stanie przeoczyć nawet jednego atomu, który niczego nieświadomy chciał sobie zrobić postój na jego ramieniu. Wyobrażam sobie takiego małego biednego atomka, zatrzymującego się na jego koszuli: ,,Ojej jaki jestem zmęczony, żona znów ma szwedzki potop*, wkurwione fale morza czerwonego podmywają brzeg,  lecąc niczym lód w Macdonaldzie, a mi się w ostatniej chwili udało zmyć. Usiądę sobie tutaj na chwilkę." Ale nie, bezlitosna ręka Namiego musi go z siebie zrzucić jak każdy pyłek, który urządził sobie noclegownię na jego ubraniu, które musi być nieskazitelnie czyste. Pomijając, że nie mam pojęcia co to jest atom, chemia nie była moją mocną stroną.
     -Yukio-chan! - Mój blond włosy przyjaciel wydzierał się jakby go brali z zaskoczenia, na co cały personel i klienci baru zwrócili się w moją stronę, jakby oczekując jakiejś gwiazdy porno, koło której warto byłoby robić tyle szumu. Jednak widząc ciemnowłosego, szarego chłopaka ze znudzeniem powrócili do swoich rozmów zapominając o sprawie. Mrucząc pod nosem wiązankę przekleństw podszedłem do stolika siadając koło Namiego.
-Dawno cię nie widziałem Yukki! - chłopak wyszczerzył się zdejmując mi z głowy kaptur i mierzwiąc już i tak potargane włosy. Odwrócił głowę, więc podążyłem za jego wzrokiem, żeby zaraz napotkać spojrzenie dużych, złotych tęczówek. W życiu nie widziałem ładniejszych oczu, nie były to żółte soczewki, ani nie był to ten sraczkowaty odcień. Były autentycznie złote. Zapewne wyglądałem chwilę jak debil wgapiając się w nieznajome gały, więc szybko się ogarnąłem i omiotłem wzrokiem wygląd ich właściciela. Był to chłopak, którego twarz wyrażała nieziemskie zdziwienie. Miał czerwono-rude włosy i bladą cerę. Zawsze myślałem, że rudzi są raczej... Rudzi. W każdym tego słowa znaczeniu. A tymczasem miałem przed sobą jedyny chyba egzemplarz we Wszechświecie, który był zajebiście ładny. Zjawisko tak niespotykane, jak babcia, która ma w dupie to że wnuk jest głodny, jak Świadek Jechowy, który nie chce rozmawiać o Bogu, jak stary i pomarszczony Krzysztof Ibisz, jak W LUJ PRZYSTOJNY RUDY!
- To jest Ame - odezwał się Nami. - Jest od miesiąca nowy w naszej klasie - tu się skrzywił patrząc na mnie - ale to byś wiedział, gdybyś łaskawie czasami przychodził na lekcje.
Rudzielec nadal patrzył na mnie z głupią miną, potem jakby próbował odciąć od siebie jakieś myśli, pokręcił szybko głową i obdarzył mnie nieśmiałym uśmiechem. Uniosłem lekko kącik ust:
- Yukio - przedstawiłem się. Zgarniając ze środka stołu kartę dań, bo mój brzuch coraz bardziej dawał znać o tym, że powoli zaczyna przypominać czarną dziurę i że jak zaraz czegoś do niego nie wrzucę, to zacznie pożerać sam siebie.
- Więc, jesteśmy w tej samej klasie? - spytał lekko nieśmiałym tonem, co było zaczepiście urocze, bo lekko się przy tym zaczerwienił. Mózg rozje.. Matko, o czym ja myślę. Nie może mi się podobać rudy, śmiechu warte. Zapewne jest jednym z tych prymitywów, którym tylko cycki w głowie. Postanowiłem ułatwić sobie życie od razu go przekreślając. Potaknąłem w odpowiedzi na jego pytanie, i dalej z uwagą studiowałem kartę dań.
     Zawołałem kelnerkę decydując się ostatecznie na szklankę soku pomarańczowego i ciabattę, po czym słuchałem wesołego trajkotania Namiego, który informował mnie, co się działo w szkole, kiedy ja siedziałem na strychu stojąc na straży internetu i uzupełniając zerowe braki snu. Tak dawno się z nim nie widziałem, że słuchałem go z przyjemnością. Był w sumie moim jedynym przyjacielem, jakoś jako jedyny przebił ten lodowy mur, który wyczarowałem dookoła mnie. Miałem trudny charakter i większość ludzi, którzy mieli zamiar się ze mną zaprzyjaźniać szybko rezygnowało. A on jakby nie zwracał uwagi na moje chamskie odzywki i przeszedł przez tą fosę cynizmu, rozpruwając sarkastyczne rekiny i rozpierdzielając lodowe mury. Bez skojarzeń.
Nami zaczął wesołą dyskusję z Ame, który co jakiś czas dyskretnie na mnie zerkał. Ach, a skąd to wiem? Wróżbita Maciej do cholery, a poważnie mimo tego, że próbowałem się kontrolować wciąż przyłapywałem się na tym, że bezmyślnie się w niego wgapiałem. Po godzinie, kiedy Namiemu udało się wycisnąć ze mnie parę zdań złożonych  (co było niezłym wyczynem, bo jak nie chciałem gadać, to chyba tylko on potrafił mnie do tego zmusić) mój blond włosy przyjaciel sprawdził telefon i wybiegł z baru z wrzaskiem, że siostra go zabije, bo godzinę temu miał odebrać jakieś zamówienie.         Westchnąłem odwracając głowę w stronę Ame.
-To co, my też się zmywamy? - Uśmiechnąłem się nikle, na co odpowiedział mi entuzjastycznym skinieniem głowy. Zawołałem kelnerkę i po otrzymaniu rachunku wyciągnąłem z kieszeni banknot.
-Ja zapłacę za siebie i Namiego! - Zaprotestował Ame, przejmując z moich rąk papierek z ceną.
-Daj spokój, od kiedy to nie mogę zapłacić za przyjaciela i kolegę z klasy - burknąłem pod nosem odbierając od kelnerki resztę, i nie dając rudemu dokończyć wstałem od stołu, dając do zrozumienia, że ma podążać za mną. Wyszliśmy na ulicę. Ame popatrzył na mnie, wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał, po czym zapytał, czy dam mu swój numer telefonu. Popatrzyłem na niego z nieukrywanym zdziwieniem, wyglądał raczej na nieśmiałego. Zrobił się cały czerwony, zaczął się plątać, mówić że w sumie to głupie pytanie, że znamy się w sumie chwilę, ale że chodzimy razem do klasy...Przestałem go słuchać, bo moją uwagę przykuły (kurwa znowu) jego oczy. Nie byłem materialistą, ale kolor jego tęczówek sprawiał, ze miałem ochotę rozpierdzielić drzwi od najbliższego jubilera. Albo zajebać rękę Midasa. Albo wejść do grobowca faraona mówiąc: ,,Siemasz Tutek, jestę prezydętę i nie chcem ale muszem zarąbać ci te złote ząbki, bo przypominają tęczówki jedynego na świecie ładnego rudego ćwoka, którego znam od pięciu minut!" Zorientowałem się, że Ame dawno skończył mówić i z wypiekami na policzkach odwzajemnia moje spojrzenie. Odgoniłem od siebie chore myśli i oderwałem od niego swój wzrok zerkając na rozgwieżdżone niebo.
-Spoko, mogę ci podać - przerwałem milczenie. Stał chwilę zdezorientowany, po czym szybko wyciągnął swój telefon w obudowie koloru jego włosów i wstukał kolejno podawane przeze mnie liczby, później z zadowoleniem wsunął telefon do kieszeni spodni. Przyjrzałem się jego ubiorowi. Miał żółto-czarną bluzę, przylegające jeansy z czarnymi, wiszącymi szelkami i szare tenisówki. Przez ramię miał przewieszoną czarną, znoszoną torbę z mnóstwem naszywek                        i przypinek nieznanych mi zespołów. Nie wiem, może to ja byłem jakiś dziwny - słuchałem tylko jednego zespołu, którego nie znał chyba nikt w promieniu stu kilometrów i niektórych dubstepowych kawałków. Nie wiadomo czemu byłem z tego powodu dumny, podobno wszyscy są inni, a skoro każdy jest inny, to każdy jest taki sam, dlatego ja byłem zwykły. Co według moich obliczeń czyniło mnie innym, znaczy lepszym. Inaczej, ja byłem zwykłym koniem, pośród jednorożców.. Nie inaczej, z tym koniem to niedobre porównanie, znaczy nie żebym miał coś do koni. Lubię stek z konia na ten przykład, a i do pewnego konia w innym kontekście też nic nie mam. Dobra chuj z tym.
-Dobra, to ja lecę - nałożyłem kaptur na głowę, nadal rozmyślając nad teorią względności koni              i ich znaczeniem w różnych kontekstach.
-To.. Do zobaczenia w szkole. - Ame podrapał się po karku.
-To będzie cud, jak mnie spotkasz na lekcjach - wyszczerzyłem się ukazując parę kłów jak                      u wampira. Może faktycznie było jakieś załamanie przestrzeni i wstałem z grobu, i byłem obecnie niczego nie świadomym spadkobiercą fortuny wampirzego hrabiego, albo coś. Odpowiedział mi zniewalającym uśmiechem bielutkich zębów. Nie wiedzieć czemu zarumieniłem się. Chyba to dostrzegł, więc żeby ukryć zażenowanie odwróciłem się na pięcie i po wymamrotaniu niewyraźnego ,,pa" sztywno pomaszerowałem do domu pozostawiając Ame na chodniku przed barem.

                               * okres ;u;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz